sobota, 12 września 2015

Niespodziewanka!

  Nie, to nie jest czwarty rozdział (przyrzekam, będzie mniej więcej we wtorek), ale mam coś dla was. Mówiłam, że będę to kontynuować!
  Hukowi spadających donic sprzyjał znany mi, dziwny odgłos. Różnokolorowe światła niszczyły mój pokój, począwszy od szafek, kończąc na baldachimie, który spadając uwięził mnie po sobą, uniemożliwiając mi ucieczkę. Pozostawiając sobie resztki godności nie krzyczałam, a schowałam się pod kołdrą. Próbowałam przeczołgać się przez materac, upaść na wykładzinę i dotrzeć na klęczkach do drzwi. Ale w pierwszych sekundach ucieczki dotarła do mnie Anva, złapała mnie za nogę szarpiąc w kierunku okna. Wiedziałam, że jest wybite. Słyszałam trzask parę sekund wcześniej. Łapiąc się za gładkie strzępki wykładziny i je wyrywając, kopałam mocno Valriusa wiedząc, że mi się nie uda. Gdy szpony wbiły się w moją kostkę, zaczęłam szlochać, tak głośno, jak nigdy. Wtem usłyszałam ryk, Anva puściła moją nogę, ginąc w czarnym portalu. Wróciłam do łóżka płacząc i próbując złagodzić bóle w nodze...
  Ktoś wie? Ja tak. Ogłaszam wszem i wobec, powracają Valriusy! To fragment rozdziału, którego lekko zmienię, dopiszę i wrzucę. Na pewno nie tutaj, ale o tym kiey indziej.
  Cieszycie się? Bo ja niesamowicie! Zdradzę, że wprowadzę parę mało istotnych zmian (imiona) i historia potoczy się nieco inaczej, niż w postapokaliptycznym, drugim rozdziale, który zbyt długo po internecie nie krążył, szczerze mówiąc.
  To może jeszcze na koniec - dlaczego? Od początku wiedziałam, że to fajny pomysł. A teraz, gdy wiem już trochę więcej o pisaniu i umiem trochę więcej, stwierdziłam że dam radę i napiszę ciąg dalszy tej historii.
  Cóż, miłej niedzieli.

  Kyu

1 komentarz: