czwartek, 17 września 2015

04. „Gra skończona”

Tak! Dobrze widzicie! To kolejny rozdział. Szczerze mówiąc, niezbyt mi się podoba, ale nie chciałam już więcej się z nim męczyć i poprawiać, bo po prostu nie było sensu. Zapraszam!


  Satyr. Stolica sukien i różnorodnych tkanin. Wszędzie, nawet na rynku, ozdobionym kolorowymi straganami z żywnością i towarami luksusowymi, pachnie perfumami, potem i różami, które przyozdabiają skromny, mały budynek na końcu drogi - Radę Zdobywców.

  W zasadzie do Satyru wracam by wyrównać rachunki w Radzie Zdobywców. Choć nie do końca - jadę zgłosić się na igrzyska, wygrać je i zabić Lalien. To tak w skrócie.
  - Zwariowałaś - mówi Tariel, gdy przedstawiam mu swój plan. - Ty wiesz, jakie osiłki walczą na arenie? Widziałaś, jak jednemu gościowi wybuchła głowa, kiedy ten wielkolud mu w nią przyłożył?
  Wydaje się zaniepokojony bardziej, niż zdziwiony. Jego wyraz twarzy wręcz błaga mnie o to, żebym tam nie szła. Ale ja mam swoje powody. Po pierwsze - chcę ich zabić, po drugie - nienawidzę ich i chcę iść zabić, po trzecie - chcę zobaczyć ich wyraz twarzy przy duszeniu, a po czwarte - nagroda.
  - Chodzi ci o pieniądze? Jeśli tak, możemy okraść całe miasto... Ale po co się narażać?
  - A co ci tak zależy? - przerywam mu.
  Rumieni się i odwraca wzrok.
  Nie mam pojęcia, dlaczego Tariel się o mnie martwi. Nie kocha mnie. Nie może mnie kochać. Nie chcę, żeby mnie kochał. To niedorzeczne. Byłam dla niego okropna. Nie, nie okropna. Najgorsza na świecie. To niemożliwe, żeby mnie polubił. To tak, jakbym kogoś torturowała, a on nagle wykrzyknąłby „Atari, stój! Kocham cię”. Oczywiście wiadomo, co bym wtedy odpowiedziała.
  „Trudno”.
  I wbiłabym kolejny nóż w jego klatkę piersiową.
  Ale Tariel... To tchórz. Beznadziejny giermek, którego uratowały geny. Którego nienawidzi sama królowa - który jest bękartem. Nie jest ani Khnee'em, ani Maefieldem. Który nic nie osiągnął i raczej to się nie zmieni.
  Co jest nagrodą w tym śmiercionośnym konkursie? Pieniądze i posada u boku samej Lalien, władczyni Satyru. No i Erwarta, ale on jest idiotą.
  Po co mi posada u boku Lalien? To proste. Dostałam na nią zlecenie u samej królowej. Arsane nienawidzi jej do tego stopnia, że mnie tu wysłała. Gorzej być nie mogło, szczerze mówiąc. Poza tym Lalien jest o wiele mądrzejsza od męża, więc kiedy ona umrze - Satyr upadnie, a Erwart nigdy nie zasiądzie na tronie. Ostatnio dostaję wiele zleceń u rodziny królewskiej. A gdy wrócę z głową Lalien, Arsane mnie wynagrodzi.
  - Atari - mówi cicho, jakby nie chciał, żebym go usłyszała - Nie musisz tam iść.
  Ignoruję go, zsiadam z konia i oddaję mu wodze. Odprowadza konie i przywiązuje do płotu.
   Rada Zdobywców jest przede mną - wysoki budynek z kostki, dosyć biedny jak na dosięgającą całego Cagardu władzę płynącą z jego fundamentów.
  Jakiś strażnik przy wejściu wpuszcza mnie bez zastanowienia, patrząc porozumiewawczo w stronę Tariela, który wlecze się za mną. Zbywam obydwu dłonią, a mój giermek przyspiesza, stając obok mnie.
  Rada z zewnątrz przypomina raczej małą, zbudowaną z lekko pomarańczowej kostki latarnię. Nawet ze strażnikiem wygląda jak zwykły budynek. Jednak w środku, wygląda jak bryła złota porównując do miedzi na zewnątrz. Wszystko jest marmurowe i ma złote akcenty, a stoły przed którymi zasiada rada są udekorowane tak bogato, że za każdy jego centymetr można by było kupić klacz.
  - Atari Khnee - witam się z siwiejącym mężczyzną przede mną. - Witam.
  - Atari! - krzyczy i chwieje się na drewnianym krześle - W tych stronach mówi się na ciebie Zaginiona Księżniczka.
  - Zaginiona Księżniczka? - prycham - Nietrafione stwierdzenie.
  Wybuchamy śmiechem. Tariel patrzy na nas jak na wariatów.
  - Och, Herionie. Kopę lat - przytulam mężczyznę, a ten znów zasiada na krześle.
  - Tyle cię nie widziałem, że niemal zapomniałem, jak irytująco się uśmiechasz!
  - To chyba niemożliwe - mruczy Tariel.
  Zbywam Tariela wściekłym spojrzeniem.
  Uśmiecham się ciepło do staruszka. Widocznie wieść już się rozeszła, choć dałam jej na to tylko parę tygodni. Bardzo szybko dotarła do Satyru. Nie miałam pojęcia, że niechciana córka Khnee'ów jest tak ważną rzeczą dla reszty Cagardu.
  - Więc co cię sprowadza do Satyru, Jee?
  Tariel odwraca wzrok. Jego uwagę przykuwa wielki, pozłacany wazon na środku drewnianego stołu.
  - Jest parę spraw. Głównie igrzyska - oznajmiam dumnie, jakbym miała do tego powód.
  Tak naprawdę nie czuję się z tym tak pewnie, jak przed rozmową z Tarielem. Wcześniej uważałam to za kolejną przygodę ze mną w roli głównej, ale teraz... Czuję się trochę, jakbym zostawiała za sobą jakąś cząstkę mnie.
  A raczej jakby ta cząstka powstawała.
   - Przybyłaś do Rady tylko, by zapisać się na igrzyska? - pyta, jakby nie dowierzał.
   - A cóż mogłabym tu robić? Przecież wiesz, że nie interesuje mnie zabawa w Zdobywcę.
  Tariel posyła mi spojrzenie pełne bezsilności. Starzec wzdycha.


***

  Słońce jeszcze raczy nas swoją jasnością, gdy wychodzę z kamiennego pokoju. Wielka, piaszczysta arena okrążona murem, za którym chowają się mieszczanie i Lalien, jest okrążona przez strażników w srebrnych zbrojach. Podchodzę do muru i patrzę w górę. Erwart i jego żona, która jest moim celem, uśmiechają się niepewnie. Dwaj rycerze obok nich dygają i na arenę wchodzą trzej młodzieńcy z drewnianymi szkatułkami zmierzają w moją stronę. Gdy je otwierają, moim oczom ukazują się trzy bronie. Na trybunach rodzi się chaos i w parę chwil padają propozycje. którą z nich mam wybrać.
  Wskazuję na jedno z pudełek i w moje ręce natychmiast zostają wręczone dwa przeciętnej wielkości noże z nierdzewnej stali. Mają ozdobne przeplatanki na rękojeści i ich ostrze błyska w promieniach Słońca.
  Natychmiast rozlegają się okrzyki oburzenia i podziwu. Lalien ma minę, jakby zabrakło jej tchu, a Erwart tylko złowieszczo się uśmiecha, czekając na rzeź.
  Wkrótce poznaję swojego wroga. To muskularny mężczyzna z przykrótką brodą. Wykonuje ten sam rytuał i wybiera miecz. Uśmiecham się z złowieszczo. Nie będzie trudnym celem. Gdy tylko do mnie podchodzi, wykonuję szybki ruch w jego stronę i przejeżdżam nożem po jego klatce piersiowej. Na jego twarzy maluje się ból, ale nie wydaje żadnego dźwięku. Zamachuje mieczem, gdy jestem wystarczająco blisko, by uderzyć. Jest jednak zbyt wolny. Wtedy wbiłam nóż w jego klatkę piersiową. Upada i bierze ostatni oddech w jego życiu, bo chwilę później go wykańczam. Gra skończona.
  Po pokonaniu chuderlaka, nieudolnie posługującego się łukiem, grubasa z sztyletami, szybkiego łucznika i całej reszty przeciwników, jakiś rycerz odbiera mi broń, a drugi prowadzi mnie przed oblicze Lalien i Erwarta.
  - Gratuluję - posyła mi pełen podziwu uśmiech. - Pokonałaś wszystkich. Jestem pod wrażeniem. Można wiedzieć, jak ci na imię?
  - Malia - odpowiadam, trochę zbyt szybko. - Malia Alicia z rodu Genifer.
  Przez publiczność przechodzą ciche szepty. Lalien miała zdziwiony wyraz twarzy, a Erwartowi zbrzydł uśmiech. Wyglądał, jakby miał ochotę zaraz wykrzyknąć ,,Czy to jakiś żart?!".
  - Więc - podsumowuje Lalien. - To ty jesteś ostatnią córką Wodda Genifera? Tą jedyną, która nie zginęła w pożarze?
  - Tak - odpowiadam. - To ja.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz