niedziela, 28 czerwca 2015

03. „Wiedza to przekleństwo”

   Nie lubię tego rozdziału. Jest taki... niespójny. A wszystko przez to, że pisałam go kawałeczkami i to na tablecie w Danii. Są momenty, które mniej mi się podobają jak cały opis lasu, ale nie mam czasu tego poprawiać. Jutro znowu wyjeżdżam i wolę was z czymś zostawić. Nie jest długi, nie jest też jakiś bardzo krótki, w porządku. Teraz może długo nie być posta, bo nie ma mnie około dwóch tygodni, a wena nie przyjdzie znikąd (założę się, że będę coś skrobać na telefonie). Nie sprawdzałam go nawet, mam nadzieję, że nie ma błędów.
  I, jest coś nowego! Mianowicie mój drugi blog (powiedziałabym, że lifestyle, ale to nieprawda). Czasem sobie coś tam naskrobię, jest również FAQ więc zapraszam! kyujestdziwna.blogspot.com


Kyu

(mały edit: jestem chwilowo w domu, internet będę miała na obozie, więc spoko. Co do kolejnego posta - nie mam pojęcia, w te wakacje jestem strasznie zabiegana. A i jest nowy szablon. No dobra, papa.)


***


  Przed Doliną - z brzegu okrążonym zielonymi, nieco wyblakłymi drzewami, z tyłu jednak widać już słynne błękitne rośliny - znajduje się wielka, podeptana przez jakieś dziwnie chude stópki droga. Przechodzimy przez nią na piechotę. Tariel niemal podskakuje na każdym kroku, stara się omijać ślady innych stworzeń. Ja idę pewniej i szybciej, tęskniąc za niesamowicie szybkimi i dzielnymi końmi ze stolicy. Moje stopy drżą na każdym kroku, nogi uginają się pode mną. Nie daję jednak po sobie poznać zmęczenia - uśmiecham się charakterystycznie wrednym uśmieszkiem i żwawo wlokę się przez chaszcze. W oddali widać już błękitne drzewa - wyglądają niesamowicie nawet w cieniu. Dolina jest pusta, brak jej dróg i ludzkich stworzeń. W zasadzie, widziałam tu jedynie białe lisy i chyba jelenia, cokolwiek to było. Z daleka nie widać.
  Wreszcie drzew robi się mniej - szczególnie tych zielonych - i dochodzimy do małego jeziorka z pięknym, zabójczo niebieskim wodospadem. Gdybym była tu sama, z pewnością bym się umyła, ale z Tarielem nie ma takiej mowy.
  - Mogę się odwrócić - proponuje, gdy zauważa, że ze smutkiem patrzę na wodę. Kręcę głową i przyśpieszam tempa.
  Gdy niebo nabiera bardziej ciemnej barwy, siadam przy błękitnym jak łza drzewie i rozkazuję giermkowi.
  - Rozpal ogień, ja zapoluję na kolację.
  Odchodzi w poszukiwaniu gałązek, a ja łapię za nóż. Och, jak ja niesamowicie tęsknię za kuszą i łukiem! Niestety, wraz z końmi ukradziono również naszą broń. Wzdycham i odchodzę w głąb lasu.
  Przez dłuższy czas nie napotykam niczego. Nie słyszę nawet szelestów i warknięć, cisza. Nawet chwilę zastanawiam się, czy wszystko dobrze z moimi uszami, ale odrzucam tę myśl. Wreszcie w oddali widzę wiewiórkę, nie pomarańczową czy brązową jak to mają w zwyczaju, a białą. Dziwię się, ale nie myślę o tym długo, zajęta robieniem kolacji.
  Powoli podchodzę do zwierzęcia, które właśnie skubie coś na drzewie. Jest na wysokości moich oczu, bez trudności trafię ją nożem. Gdy jestem wystarczająco blisko, a zwierzę wystarczająco niezorientowane, przystępuję do ataku. Już mam machnąć nożem kiedy rozlega się głos.
  - Zatrzymaj się - mówi stanowczy, choć dziwnie miły, kobiecy głos. Nikogo nie widzę, szczególnie, że nawet wiewiórka, którą wciąż obserwowałam, rozpłynęła się w powietrzu.
  Mój nóż wbija się w bialutką korę, a ja wyję ze zdenerwowania.
  - Słuchaj, moja droga, wyłaź. - mówię, podtrzymując się rękami o drzewo i wściekłe patrząc na ziemię - No już, chyba nie chcesz, żebym to ja znalazła ciebie.
  Słyszę szelest. Ktoś chyba podchodzi. Odwracam się i łapię nóż w dłoń. Stoję tak parę minut, nie zauważam niczego podejrzanego. Szukam tajemniczej osoby blisko miejsca zdarzenia. W końcu przechodzę obok wielkiego, wyrośniętego drzewa i obrywam kawałkiem kory. Zatrzymuję się, strzepując go z głowy i patrzę w górę. Nic jednak nie zauważam, oprócz liści i gałązek. Rozglądam się chwilę, kiedy za plecami słyszę:
  - Tu jestem!
  Momentalnie zaciskam nóż w dłoni i odwracam się. Niemal wbijam w nią sztylet, powstrzymuję się jednak parę milimetrów od jej szyi. Podnosi ręce, zawiadamiając mnie o swojej przegranej. Gdy odsuwam się od niej, uśmiecha się.
  Ma bladą skórę i zgniłozielone włosy. Są proste i krótkie, tylko niektóre kosmyki sięgają poza szyję. Jej spiczaste uszy odstają od całej fryzury. Jest chuda, ale umięśniona. Trzyma w ręce łuk, w kołczanie na plecach strzały. Uśmiecha się niemal tak wrednie i irytująco jak ja, jej kąciki ust nawet na chwilę nie opadają.
  - Ty jesteś Jee, prawda? - pyta, a ja patrzę na nią ze wściekłym wyrazem twarzy, zaciskając nóż w dłoni - A może raczej - Atari?
  Serce zaczyna mi szybciej bić, zaciskam nóż w pięści aż do krwi. Mam ochotę się na nią rzucić, powstrzymuję się jednak od mojego bestialskiego nawyku i uspokajam się odrobinę. Oczywiście, nie na tyle, by nie zrobić jej krzywdy.
  - Och, nie łudziłaś się chyba, że nikt o tym nie wie, Jee?
  Nadal stoję bez ruchu, coraz ciężej powstrzymując się od wbicia jej noża prosto w nos.
  - Nie łudziłaś się chyba, że jesteś dla nas tajemnicą?
  Nie wytrzymuję. Szarżuję na nią z krzykiem, chcąc przelać na nią całą moją złość i frustrację. Widzę jej zaskoczoną twarz, kiedy biegnę. Nic nie robi. Z przerażeniem patrzy się na mnie, ale nie zwracam na to uwagi. Wpatruję się zaciekle w jej twarz, kiedy wbijam nóż w jej krtań. Pluje krwią na mój policzek. Wiedza to przekleństwo.
  - Jestem największą tajemnicą, jaką przyszło wam poznać - oznajmiam, wyrywając nóż z jej szyi. Odchodzę, słysząc jak jej ciało bezwładnie upada na ziemię.
  Moja przyczyna triumfu przelała się na naszą kolację, a właściwie jej brak. Tariel nie narzeka jednak na zaistniałą sytuację, z zaciekawieniem dopytuje się mnie o najmniejsze szczegóły walki. Odpowiadam wymijająco. Irytuje mnie dość często swoim sposobem bycia. Jest nieodpowiedzialny i nigdy nie myśli dwa razy nad swoją decyzją. Mimo wszystko, bywa miło. Najczęściej są to momenty, kiedy śpi. Uśmiecham się na tę myśl, powstrzymując się od wybuchu śmiechem.
  - Nie jest lady przykro, że musiała ją zabić? - pyta, wpatrując się w jakiś wyimaginowany punkt na niebie.
  - Chciałam ją zabić - odpowiadam bez chwili namysłu. To prawda. Musiałam, ale też i chciałam ją zabić.
  Wiem, że drży. Nie z zimna, ale z tego, że też się kiedyś taki stanie. To nieuniknione. Tak wychował nas świat, w którym żyjemy.
  - Kiedy będziesz musiał zabić, to po prostu to zrobisz. Nie ma się czego bać - mówię.
  Wzdycha. Wydaje mi się, że nad czymś myśli. Choć to by było podejrzane w jego przypadku.
  - Nie boję się tego, milady. Mógłbym zabić we własnej, lub kogoś obronie. Ale nie wiem, czy byłbym w stanie zadecydować o kogoś losie od tak.


***

  Gdy rano wychodzimy z Błękitnej Doliny Azarhire, na horyzoncie widoczny jest już czubek Księżycowej Góry, na której mieści się Moen.
  Zastanawiam się tylko, co powiem. Czy zdradzę, kim jestem i zaryzykuję rozpoznaniem mnie? Czy opowiem o Tarielu? Choć wątpię, by syn jego dalekiej kuzynki której nawet nie znał, był coś wart. Mówię coś bardzo nie podobnego do mnie, ale chyba nie będę próbować.
Tariel przez całą drogę (oczywiście na piechotę) opowiada mi różne rzeczy. Mieszkał na dworze w Violence, był rozpieszczany i dobrze obsługiwany aż do śmierci ojca. Arsane nienawidziła go do tego stopnia, że wtrąciła go do jakiegoś małego pokoiku pod ziemią, gdzie dostawał jedzenia i picia okropnej jakości. Chcę ciągle wtrącić mu uwagę, że miałam o wiele gorzej i jego życie to dla mnie sielanka, ale zaczyna opowieść o tym, jak jako ośmiolatek dostał własną klacz, Rihnę.
  Przy opowieści o tym, jak Tariel i Rihna uciekli z królestwa i dojechali aż do Bezgłowych Lasów dostrzegam górę. Górę, na której mieści się Moen. Wkroczyliśmy na drogę prowadzącą prosto do tego miasta, po lewej i prawej stronie drogi stoją nabite na pale głowy.
  Jesteśmy przy bramie. Wieże po dwóch stronach są zrobione z kamienia, podobnie jak mur między nimi. Za murem są namioty i targowiska, z tylu na wysokiej platformie stoi wielki budynek, na którym jest umiejscowiony pomnik byka w biegu. Budynek stanowi funkcje pałacu, choć na niego nie wygląda. Nie ma złota, pięknych, przyozdobionych cegłą okien i balkonów całych w kwiatach. Jest tylko brzydka, kamienna twierdza.
  Strażnicy przed nią pytają, skąd się wzięliśmy. Choć mogłabym powiedzieć im skąd pochodzi Tariel, nie robię tego jednak. Może to głupie, ale boję się, że coś mu zrobią. Naturalnie, nie zależy mi na tym bękarcim tchórzu, zaś na uznaniu u Arsane.
  - Jestem Atari Khnee, a to mój giermek - robią duże oczy i bez słowa otwierają bramę.
  Idziemy chwilę, mijając namioty, a gdy znikamy z zasięgu słuchu strażników, prawie na mnie krzyczy:
  - Jesteś księżniczką Khnee! Jesteś Dzieckiem Krwi! Jesteś zaginioną siostrą Wargha!
  - A ty bękartem - odpowiadam ze złośliwym uśmieszkiem.
  Szczerze mówiąc wątpiłam, że kiedykolwiek znów zobaczę kamienną salę tronową i pomnik byka symbolizującego waleczność i odwagę. Tego dnia, dziesięć lat temu, miałam tylko nadzieję, że nigdy tu nie wrócę i nie będę musiała tego oglądać. Ale na widok pałacu o surowym wyglądzie czy drewnianego tronu czuję przypływ ciepła. Stoję na swoim.
  Kiedy wchodzę do środka, strażnicy bez słowa otwierają wrota. Stoję dokładnie na przeciwko mojego brata, a on wypatruję się we mnie znudzony. Nie poznał mnie. Tariel poci się ze strachu, że musi go zobaczyć. Ja zaś nie czuję nic. Żadnej złości, żadnego rozczarowania. To tylko mój brat.
  - Jestem Atari Khnee, wasza wysokość - uśmiecham się złośliwie, gdy obdarza mnie zdezorientowanych wzrokiem. - To mój giermek - wskazuję Tariela, a on nerwowo wykrzywia twarz w grymasie.
  Szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby mój brat zasługiwał na tron. Oczywiście, ma do niego jakieś tam prawa, ale znikome. Jest głupi, działa pod wpływem impulsu. Nie sądzę, żeby był „waszą wysokością” w żadnym stopniu. To dzikus.
  - Siostro - mówi. - Miło cię widzieć. Ile to już lat? Osiem?
  - Dziesięć, bracie - odpowiadam obojętnie.
  - Po co więc przybyłaś? Zabrać mi tron? - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
  Nie przebyłam połowę Cagardu by zobaczyć się z bratem. Nie jestem tu też po tron, choć tak naprawdę mój brat go nie ma. Teoretycznie, ma ten drewniany stołek, ale w praktyce raczej nie.
  - Potrzebuję koni i broni, tylko tyle - wyjaśniam. - Jako księżniczka mam chyba prawo o to prosić?
  Kiwa głową i mówi coś do swojego doradcy, ten zwołuje służącego i po chwili wychodzimy z kamiennej sali tronowej.
  Droga przed nami również jest zrobiona z kamienia. Nikt na niej nie stoi, ale parę centymetrów obok już zaczyna się targ. Ludzie, a w zasadzie - dzikusi, biegają wokół towarów i kupują je, niektórzy tylko podziwiają, a inni sprzedają. Kręta droga prowadząca przez targ, a kończąca się na pustym amfiteatrze jest pełna strażników.  Sam amfiteatr, czyli miejsce walk, jest najpiękniejszym budynkiem jaki widziałam do dwunastego roku życia - wiele okien i roślin, które ją okrążają tworzą spójną całość. Jest to jedyne miejsce w którym ktokolwiek skupił się na wyglądzie. Pamiętam, że walczyło się w każdą sobotę - dla upamiętnienia przejęcia władzy w Moen przez mojego brata. Ja, jako księżniczka siedziałam w królewskiej loży, nie interesowały mnie jednak walki osiłków.
  Śmieszne jest, iż nazywam się księżniczką. W końcu ani mój brat ani ktokolwiek z mojej rodziny nie ma tronu, a co najlepsze - ma do niego znikome prawa. Wargh jednak uważa swój drewniany stołek za zaszczyt, a pochodzenie Tariela to tylko przypieczętowanie jego rzekomo błękitnej krwi. Nie obchodzą mnie przywileje, a jeśli mój brat zasiądzie na prawdziwym tronie - nasz los jest przesądzony.
  Dynastia Khnee od dawna jest zaciekłym wrogiem rodziny królewskiej. Choć jesteśmy tylko dzikusami, którzy wybudowali sobie zamek, Arsane i jej mąż wiele razy próbowali nas uniczestwić. Co również zabiło ich - Ailen nie żyje, a królowa niedługo stanie się tylko matką. Trzeba tylko księżniczki.
  Służący prowadzi nas do kamiennego budynku za amfiteatrem, czyli zbrojowni i stajni. Każę Tarielowi wziąć broń, bo po ostatnim incydencie nie jestem zbyt skora do powierzania mu koni. Wybieram dwa ogiery o białym umaszczeniu. Służący podaje mi wodze i złapywszy za nie prowadzę się do wyjścia. Nawet nie fatyguję się wrócić do sali tronowej - nie ma to najmniejszego sensu, szczególnie, że orzyszłam tu tylko po broń.
  - Dokąd teraz, pani? - pyta Tariel po wyruszanie z miasta.
  - Do Satyru - tłumaczę, a on robi duże oczy i patrzy na mnie pytająco. - No co, w końcu jestem Zdobywczynią!

2 komentarze:

  1. Wreszcie wpadłam na jakieś ciekawe opowiadanie o tematyce średniowiecza! Wspaniale! :)
    Co do samych bohaterów, niezmiernie mi się podobają. Szczególnie Jee (czy Atari? Już nie wiem, jak ją nazywać), która wydaje się zwykłym badassem bez uczuć, a tu proszę - wyskakuje Tariel (który, gwoli ścisłości, jest jej niesamowicie odwzorowanym przeciwieństwem)! Imiona też mi się podobają. Strasznie pasują; Tariel - tchórzliwy i delikatny, Atari - waleczna i odważna... Co do pozostałych postaci, nie jestem do końca pewna ich charakteru. Na przykład kuzyn Jee - niby silny, a jednak pokonała go wtedy jeszcze mała dziewczynka.
    Nie do końca rozumiem cóż takiego kryje się w Satyrze, że Jee chce tam jechać. Bogactwa? Może. A ta wzmianka o Zdobywcach na końcu - nie jestem pewna tak naprawdę, kim są. :)
    Świetnie i oby tak dalej!

    Amy Lean

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Satyrze znajduje się rada Zdobywców.
      A Zdobywcy to łowcy głów.

      Dziękuję za komentarz, naprawdę lubię takie uzasadnione komplementy. c;

      Usuń