wtorek, 2 czerwca 2015

01. „Znajdź w sobie piękno, a przestaniesz zabijać”

  Są takie postacie, których człowiek za wszelką cenę stara się nie zepsuć. Jee jest jedną z nich. Bardzo ją lubię jako okrutną babkę ze średniowiecza, a nie, jako księżniczkę biegającą w kolorowych sukniach, której odruchy czasem jej przypadkiem wpajam. A, tak w ogóle to to jest pierwszy post! Cześć! Witajcie! Mam na imię Kyu i lubię pisać o średniowieczu. Dobra, nieważne, przeczytajcie to po prostu, dajcie znak w komentarzu czy to jest dobre, czy fe, jak fe to poprawię. Żartuję, mi się to podoba, choć jest parę niedociągnięć, ale cóż. Szukam jeszcze nazwy dla królestwa, nie wiem do końca, czy Dziesięć Dusz na zawsze pozostanie jego nazwą (pewnie nie, he), ale stwierdziłam, że wystarczająco długo nie dawałam znaku życia. Zapraszam! |D

Kyu



***

  Zwykle, gdy zapadał zmrok, kładłam się do łóżka i zapadałam - jak każdy normalny człowiek - w sen. Dziś jednak miałam nieco inne plany.

  Zrzucając nogi jednym susem z łóżka, wydaję dziwny jęk. Coś pomiędzy krzykiem szczęścia, a ubolewaniem nad zmęczonymi stopami. Przebiegam przez kamienną izbę i otwieram drzwi. Rozglądam się w obie strony, jeden strażnik przy drzwiach na lewo i jeden obok. Łatwizna, myślę. Wyciągając sztylet z kieszeni, robię niezauważalny krok w przód, i gdy mężczyzna jest już obok mnie wbijam nóż w jego szyję. Cicho jęczy, zbyt cicho, by usłyszeć go przez moją rękę. Wciągam go do środka pokoju i uśmiechem się - wracasz do formy, koleżanko! Upewniam się, że drugi nie słyszał i przystępuję do ataku. Właściwie, mogłabym go zostawić i uciec, ale tego nie zrobię. Chcę go zabić. To przerażające, ale chcę to zrobić. Zaskakuję go szarżą od boku. Biedny, gdy wbijam sztylet w jego skroń, pluje krwią. Upada i gra skończona. Stoję jeszcze chwilę nad jego truchłem, uśmiechając się do siebie. Nieźle mi idzie.
  Kamiennym korytarzem biegnę prosto od mojej izby, tak instruktowała mnie Arsane. Może nie powinnam wchodzić w umowy z nadętymi królowami, ale cóż, pieniądz to pieniądz. Klient mi obojętny.
  Nie natrafiam na nikogo, z pewnością nie każda izba jest chroniona tak, jak moja. Wiem jednak, że na miejscu będzie jeszcze parę niedogodnień, ale poradzę sobie. Mam nadzieję, że obsadzą kogoś lepszego niż strażnicy z Satyru, oni są słabi jak satyrska stal. Łamią się po jednym ciosie.
  Zabijam strażników drzwi zręcznymi rzutami nożem, padają jak króliki. Bez namysłu wchodzę do środka. Przed celą stoi pewna postać, którą może i bym skojarzyła, gdyby się odwróciła.
  - Czyżby Groźna Jee? - pyta z pogardą, nadal odwrócony do mnie plecami. Prycham na dźwięk jego głosu.
  - Cześć, kuzynku. Nieźle ci się wiedzie w Satyrze, co? - mówię.
  Spotkaliśmy się tu już parę lat temu. Wiedziałam, że tu będzie. Byłam na misji zdobycia głowy władcy Satyru i udało mi się. Tyle, że po drodze miałam niemałą bijatykę z moim kuzynem. Byłam 
młoda, nie umiałam walczyć jak teraz. A on był doświadczony w walkach i przewyższał mnie pod każdym względem. Użyłam więc swojego innego uroku i tak zdobyłam nietylko głowę władcy, ale i oko jego obrońcy. W zasadzie, wyryłam jeszcze parę moich imion na jego ciele, dlatego tak się okrył.
  - Zbroja? - prycham - Myślałam, że ci niepotrzebna.
  - Nie widać spod niej moich pamiątek po ostatnim naszym spotkaniu.
  - Niczego spod niej nie widać - odpowiadam.
  Następuje chwilowa cisza, podczas której mierzę przeciwnika dumnym i pełnym pogardy wzrokiem.
  - Dobra, walczmy. Moja dama w opałach się niecierpliwi.
  Złapał za miecz i go wyciągnął. Prychnęłam na widok satyrskiej stali, co od razu przeważa moje szanse. Celuje w mój bok, ale sprytnie uciekam. Nożem przejeżdżam mu po policzku, gdy próbuje się zbliżyć, by uderzyć w szyję. Przebijam zbroję nożem w miejscu brzucha, zawył, ale nie upadł. Celnie wymierza mi cios pod kolanem, którego nie odpycham zbyt zajęta masakrowaniem jego twarzy, gdy ubolewa nad swoją raną. Również jęczę jedną ręką łapiąc się za bolące miejsce. Po paru niecelnych ciosach i szybkich unikach przebijam mu zbroję koło poprzedniej rany, na co upada. Pluję mu w twarz, ale nie wykańczam go.
  - Miło by było jeszcze raz cię pokonać, kuzynie.

  Jedziemy na kruczoczarnych koniach, które ukradłam. Gareth, nieco przestraszony chłopczyk o jasnej cerze i włosach, wierci się na siodle jak niewyżyty szczeniak. To syn Arsane, inaczej przecież już dawno leżałby z głową w błocie za swą nieudolność. Niestety muszę doprowadzić go do Rakkan w całości, inaczej pewnie każe mnie ścigać Zdobywcom i co ważniejsze, nie da pieniędzy. A ja lubię mieć pełną kieszeń.
  - Ile jeszcze będziemy jechać? - pyta zmęczony, wzdychając.
  - Co będzie z ciebie za król - prycham. - Jedziemy dopiero dwie godziny.
  Chyba chce coś powiedzieć, ale siedzi cicho. Wyśmienicie. Nie potrzebuję rozmowy z siedmioletnim następcą tronu, szczególnie, że nigdy go nie poprę. Mam w nosie rodzinę królewską i ich rządy. I tak gdybym chciała, wszyscy skończyliby z głowami na palach. Ale nie szukam kłopotów w Stolicy. Ponieważ oni potrzebują mnie u siebie, a jeśli mnie potrzebują to znaczy, że dadzą mi nagrodę. Czyli pieniądze.
  Po kolejnych dwóch godzinach docieramy do karczmy - do tej, w której według Arsane miałam się zjawić. Zrzucam nogę z konia, później drugą, i zeskakuję. Niestety książę nie jest tak zwinny jak ja i spada na błoto. Podnosi się i ku mojemu zadowoleniu, ma twarz umazaną w błocie i końskim łajnie. Uśmiecham się wrednie na jego widok, daję mu wodę do obycia twarzy i wybucham śmiechem, gdy nieudolnie wylewa ją na ziemię. Chłopak rumieni się tylko i gołymi rękoma zmywa błoto z twarzy.
  - Dobrze, że nie obchodzi mnie los Violence. Inaczej już byś nie żył - mówię, podając Garethowi kolejną bukłak.
  Podnosi na mnie wzrok, który na początku wydaje się dość niewinny. Później jednak przeradza się w złość. Znów uśmiecham się na jego widok.
  - A ja cię zabiję jak wrócimy! Każę matce powiesić całą twoją rodzinę! - krzyczy, a ja wybucham śmiechem.
  - Ależ lordzie, nie mam żadnej rodziny - odpowiadam z udawanym smutkiem, a książę prycha.
  Dalej nie rozmawiamy. Odprowadza ode mnie wzrok i ze wściekłą miną wkracza do karczmy.
  - Nie bądź taki chojrak, książę - mówię za jego plecami, dostatecznie głośno, by słyszał. - Ja nie będę cię ratować.
  Choć oczywiste jest, że kłamię, następca tronu trochę się rozluźnia i już z mniejszą pewnością siebie, siada przy stole. Przycupam na przeciwko niego i uśmiecham się fałszywie, co niesamowicie go irytuje.
  Wkrótce dostajemy zupę, a gdy gruba kobieta, która nas obsłużyła prosi o zapłatę, książę wstaje i z uniesioną głową mówi:
  - Jestem następcą tronu Dziewięciu Dusz, Gareth Maefield, syn Arsane i Ailena Maefieldów. - wypowiada z ogromną dumą, a karczmienna robi zdziwioną minę, podobnie do wszystkich opryszków w karczmie, którzy schodzą się wokół z wyjętymi nożami.
  - Idiota - szepczę, łapiąc go za rękę i każąc biec.
  Książę początkowo opiera się mojemu rozkazowi, gdy zauważa jednak złodziejaszków podbiegających do jego mości, ucieka bez namysłu. Wymierzam cios jednemu z nich i również oddałam się. Słyszę, jak wije się z bólu. Słyszę również oprychów za mną, więc przyspieszam. Na dworze łapię za wodze i wskakuję na konia, zmuszając go do galopu. Książę wlecze się przede mną, więc wymieszam cios dłonią jego koniowi, co skutkuje i chłopiec galopuje teraz do Rakkan.
  - Jeszcze tylko dwa dni, Garethcie! - oznajmiam, gdy jesteśmy wystarczająco daleko od karczmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz