wtorek, 22 grudnia 2015

apdejt

Pewnie i tak nikt już tu nie zagląda; ba, pewnie od zawsze nie było tu tłumów. Chciałam jednak poruszyć kwestię mojego opowiadania. Nie rzuciłam go! Jee ciągle grasuje pośród oprychów z Cagardu, ja jedynie jej historię nieco ulepszyłam. Nowa wersja, o stokroć lepsza od poprzedniej, pisana jest na wattpadzie - moje konto to evirialle. Mam tam dwa opowiadania - The Dead Hunter i właśnie Nine Souls.
Do zobaczonka!

wtorek, 24 listopada 2015

czwartek, 17 września 2015

04. „Gra skończona”

Tak! Dobrze widzicie! To kolejny rozdział. Szczerze mówiąc, niezbyt mi się podoba, ale nie chciałam już więcej się z nim męczyć i poprawiać, bo po prostu nie było sensu. Zapraszam!


  Satyr. Stolica sukien i różnorodnych tkanin. Wszędzie, nawet na rynku, ozdobionym kolorowymi straganami z żywnością i towarami luksusowymi, pachnie perfumami, potem i różami, które przyozdabiają skromny, mały budynek na końcu drogi - Radę Zdobywców.

  W zasadzie do Satyru wracam by wyrównać rachunki w Radzie Zdobywców. Choć nie do końca - jadę zgłosić się na igrzyska, wygrać je i zabić Lalien. To tak w skrócie.
  - Zwariowałaś - mówi Tariel, gdy przedstawiam mu swój plan. - Ty wiesz, jakie osiłki walczą na arenie? Widziałaś, jak jednemu gościowi wybuchła głowa, kiedy ten wielkolud mu w nią przyłożył?
  Wydaje się zaniepokojony bardziej, niż zdziwiony. Jego wyraz twarzy wręcz błaga mnie o to, żebym tam nie szła. Ale ja mam swoje powody. Po pierwsze - chcę ich zabić, po drugie - nienawidzę ich i chcę iść zabić, po trzecie - chcę zobaczyć ich wyraz twarzy przy duszeniu, a po czwarte - nagroda.
  - Chodzi ci o pieniądze? Jeśli tak, możemy okraść całe miasto... Ale po co się narażać?
  - A co ci tak zależy? - przerywam mu.
  Rumieni się i odwraca wzrok.
  Nie mam pojęcia, dlaczego Tariel się o mnie martwi. Nie kocha mnie. Nie może mnie kochać. Nie chcę, żeby mnie kochał. To niedorzeczne. Byłam dla niego okropna. Nie, nie okropna. Najgorsza na świecie. To niemożliwe, żeby mnie polubił. To tak, jakbym kogoś torturowała, a on nagle wykrzyknąłby „Atari, stój! Kocham cię”. Oczywiście wiadomo, co bym wtedy odpowiedziała.
  „Trudno”.
  I wbiłabym kolejny nóż w jego klatkę piersiową.
  Ale Tariel... To tchórz. Beznadziejny giermek, którego uratowały geny. Którego nienawidzi sama królowa - który jest bękartem. Nie jest ani Khnee'em, ani Maefieldem. Który nic nie osiągnął i raczej to się nie zmieni.
  Co jest nagrodą w tym śmiercionośnym konkursie? Pieniądze i posada u boku samej Lalien, władczyni Satyru. No i Erwarta, ale on jest idiotą.
  Po co mi posada u boku Lalien? To proste. Dostałam na nią zlecenie u samej królowej. Arsane nienawidzi jej do tego stopnia, że mnie tu wysłała. Gorzej być nie mogło, szczerze mówiąc. Poza tym Lalien jest o wiele mądrzejsza od męża, więc kiedy ona umrze - Satyr upadnie, a Erwart nigdy nie zasiądzie na tronie. Ostatnio dostaję wiele zleceń u rodziny królewskiej. A gdy wrócę z głową Lalien, Arsane mnie wynagrodzi.
  - Atari - mówi cicho, jakby nie chciał, żebym go usłyszała - Nie musisz tam iść.
  Ignoruję go, zsiadam z konia i oddaję mu wodze. Odprowadza konie i przywiązuje do płotu.
   Rada Zdobywców jest przede mną - wysoki budynek z kostki, dosyć biedny jak na dosięgającą całego Cagardu władzę płynącą z jego fundamentów.
  Jakiś strażnik przy wejściu wpuszcza mnie bez zastanowienia, patrząc porozumiewawczo w stronę Tariela, który wlecze się za mną. Zbywam obydwu dłonią, a mój giermek przyspiesza, stając obok mnie.
  Rada z zewnątrz przypomina raczej małą, zbudowaną z lekko pomarańczowej kostki latarnię. Nawet ze strażnikiem wygląda jak zwykły budynek. Jednak w środku, wygląda jak bryła złota porównując do miedzi na zewnątrz. Wszystko jest marmurowe i ma złote akcenty, a stoły przed którymi zasiada rada są udekorowane tak bogato, że za każdy jego centymetr można by było kupić klacz.
  - Atari Khnee - witam się z siwiejącym mężczyzną przede mną. - Witam.
  - Atari! - krzyczy i chwieje się na drewnianym krześle - W tych stronach mówi się na ciebie Zaginiona Księżniczka.
  - Zaginiona Księżniczka? - prycham - Nietrafione stwierdzenie.
  Wybuchamy śmiechem. Tariel patrzy na nas jak na wariatów.
  - Och, Herionie. Kopę lat - przytulam mężczyznę, a ten znów zasiada na krześle.
  - Tyle cię nie widziałem, że niemal zapomniałem, jak irytująco się uśmiechasz!
  - To chyba niemożliwe - mruczy Tariel.
  Zbywam Tariela wściekłym spojrzeniem.
  Uśmiecham się ciepło do staruszka. Widocznie wieść już się rozeszła, choć dałam jej na to tylko parę tygodni. Bardzo szybko dotarła do Satyru. Nie miałam pojęcia, że niechciana córka Khnee'ów jest tak ważną rzeczą dla reszty Cagardu.
  - Więc co cię sprowadza do Satyru, Jee?
  Tariel odwraca wzrok. Jego uwagę przykuwa wielki, pozłacany wazon na środku drewnianego stołu.
  - Jest parę spraw. Głównie igrzyska - oznajmiam dumnie, jakbym miała do tego powód.
  Tak naprawdę nie czuję się z tym tak pewnie, jak przed rozmową z Tarielem. Wcześniej uważałam to za kolejną przygodę ze mną w roli głównej, ale teraz... Czuję się trochę, jakbym zostawiała za sobą jakąś cząstkę mnie.
  A raczej jakby ta cząstka powstawała.
   - Przybyłaś do Rady tylko, by zapisać się na igrzyska? - pyta, jakby nie dowierzał.
   - A cóż mogłabym tu robić? Przecież wiesz, że nie interesuje mnie zabawa w Zdobywcę.
  Tariel posyła mi spojrzenie pełne bezsilności. Starzec wzdycha.


***

  Słońce jeszcze raczy nas swoją jasnością, gdy wychodzę z kamiennego pokoju. Wielka, piaszczysta arena okrążona murem, za którym chowają się mieszczanie i Lalien, jest okrążona przez strażników w srebrnych zbrojach. Podchodzę do muru i patrzę w górę. Erwart i jego żona, która jest moim celem, uśmiechają się niepewnie. Dwaj rycerze obok nich dygają i na arenę wchodzą trzej młodzieńcy z drewnianymi szkatułkami zmierzają w moją stronę. Gdy je otwierają, moim oczom ukazują się trzy bronie. Na trybunach rodzi się chaos i w parę chwil padają propozycje. którą z nich mam wybrać.
  Wskazuję na jedno z pudełek i w moje ręce natychmiast zostają wręczone dwa przeciętnej wielkości noże z nierdzewnej stali. Mają ozdobne przeplatanki na rękojeści i ich ostrze błyska w promieniach Słońca.
  Natychmiast rozlegają się okrzyki oburzenia i podziwu. Lalien ma minę, jakby zabrakło jej tchu, a Erwart tylko złowieszczo się uśmiecha, czekając na rzeź.
  Wkrótce poznaję swojego wroga. To muskularny mężczyzna z przykrótką brodą. Wykonuje ten sam rytuał i wybiera miecz. Uśmiecham się z złowieszczo. Nie będzie trudnym celem. Gdy tylko do mnie podchodzi, wykonuję szybki ruch w jego stronę i przejeżdżam nożem po jego klatce piersiowej. Na jego twarzy maluje się ból, ale nie wydaje żadnego dźwięku. Zamachuje mieczem, gdy jestem wystarczająco blisko, by uderzyć. Jest jednak zbyt wolny. Wtedy wbiłam nóż w jego klatkę piersiową. Upada i bierze ostatni oddech w jego życiu, bo chwilę później go wykańczam. Gra skończona.
  Po pokonaniu chuderlaka, nieudolnie posługującego się łukiem, grubasa z sztyletami, szybkiego łucznika i całej reszty przeciwników, jakiś rycerz odbiera mi broń, a drugi prowadzi mnie przed oblicze Lalien i Erwarta.
  - Gratuluję - posyła mi pełen podziwu uśmiech. - Pokonałaś wszystkich. Jestem pod wrażeniem. Można wiedzieć, jak ci na imię?
  - Malia - odpowiadam, trochę zbyt szybko. - Malia Alicia z rodu Genifer.
  Przez publiczność przechodzą ciche szepty. Lalien miała zdziwiony wyraz twarzy, a Erwartowi zbrzydł uśmiech. Wyglądał, jakby miał ochotę zaraz wykrzyknąć ,,Czy to jakiś żart?!".
  - Więc - podsumowuje Lalien. - To ty jesteś ostatnią córką Wodda Genifera? Tą jedyną, która nie zginęła w pożarze?
  - Tak - odpowiadam. - To ja.


sobota, 12 września 2015

Niespodziewanka!

  Nie, to nie jest czwarty rozdział (przyrzekam, będzie mniej więcej we wtorek), ale mam coś dla was. Mówiłam, że będę to kontynuować!
  Hukowi spadających donic sprzyjał znany mi, dziwny odgłos. Różnokolorowe światła niszczyły mój pokój, począwszy od szafek, kończąc na baldachimie, który spadając uwięził mnie po sobą, uniemożliwiając mi ucieczkę. Pozostawiając sobie resztki godności nie krzyczałam, a schowałam się pod kołdrą. Próbowałam przeczołgać się przez materac, upaść na wykładzinę i dotrzeć na klęczkach do drzwi. Ale w pierwszych sekundach ucieczki dotarła do mnie Anva, złapała mnie za nogę szarpiąc w kierunku okna. Wiedziałam, że jest wybite. Słyszałam trzask parę sekund wcześniej. Łapiąc się za gładkie strzępki wykładziny i je wyrywając, kopałam mocno Valriusa wiedząc, że mi się nie uda. Gdy szpony wbiły się w moją kostkę, zaczęłam szlochać, tak głośno, jak nigdy. Wtem usłyszałam ryk, Anva puściła moją nogę, ginąc w czarnym portalu. Wróciłam do łóżka płacząc i próbując złagodzić bóle w nodze...
  Ktoś wie? Ja tak. Ogłaszam wszem i wobec, powracają Valriusy! To fragment rozdziału, którego lekko zmienię, dopiszę i wrzucę. Na pewno nie tutaj, ale o tym kiey indziej.
  Cieszycie się? Bo ja niesamowicie! Zdradzę, że wprowadzę parę mało istotnych zmian (imiona) i historia potoczy się nieco inaczej, niż w postapokaliptycznym, drugim rozdziale, który zbyt długo po internecie nie krążył, szczerze mówiąc.
  To może jeszcze na koniec - dlaczego? Od początku wiedziałam, że to fajny pomysł. A teraz, gdy wiem już trochę więcej o pisaniu i umiem trochę więcej, stwierdziłam że dam radę i napiszę ciąg dalszy tej historii.
  Cóż, miłej niedzieli.

  Kyu

środa, 2 września 2015

Co się dzieje?

  Nie odchodzę od tego bloga, nie niechcemisię, po prostu jest pewien problem techniczny przez który mam trudności w systematycznym pisaniu.
  Mniej więcej w połowie września dostanę wreszcie nowy laptop, więc będę mogła już normalnie wszystko pisać i wrzucać. Na razie jedyną rzeczą na której mogę pisać jest tablet, a to niezbyt wygodne.
  Dobra, to taki mały post informacyjny. Cześć!

niedziela, 28 czerwca 2015

03. „Wiedza to przekleństwo”

   Nie lubię tego rozdziału. Jest taki... niespójny. A wszystko przez to, że pisałam go kawałeczkami i to na tablecie w Danii. Są momenty, które mniej mi się podobają jak cały opis lasu, ale nie mam czasu tego poprawiać. Jutro znowu wyjeżdżam i wolę was z czymś zostawić. Nie jest długi, nie jest też jakiś bardzo krótki, w porządku. Teraz może długo nie być posta, bo nie ma mnie około dwóch tygodni, a wena nie przyjdzie znikąd (założę się, że będę coś skrobać na telefonie). Nie sprawdzałam go nawet, mam nadzieję, że nie ma błędów.
  I, jest coś nowego! Mianowicie mój drugi blog (powiedziałabym, że lifestyle, ale to nieprawda). Czasem sobie coś tam naskrobię, jest również FAQ więc zapraszam! kyujestdziwna.blogspot.com


Kyu

(mały edit: jestem chwilowo w domu, internet będę miała na obozie, więc spoko. Co do kolejnego posta - nie mam pojęcia, w te wakacje jestem strasznie zabiegana. A i jest nowy szablon. No dobra, papa.)


***


  Przed Doliną - z brzegu okrążonym zielonymi, nieco wyblakłymi drzewami, z tyłu jednak widać już słynne błękitne rośliny - znajduje się wielka, podeptana przez jakieś dziwnie chude stópki droga. Przechodzimy przez nią na piechotę. Tariel niemal podskakuje na każdym kroku, stara się omijać ślady innych stworzeń. Ja idę pewniej i szybciej, tęskniąc za niesamowicie szybkimi i dzielnymi końmi ze stolicy. Moje stopy drżą na każdym kroku, nogi uginają się pode mną. Nie daję jednak po sobie poznać zmęczenia - uśmiecham się charakterystycznie wrednym uśmieszkiem i żwawo wlokę się przez chaszcze. W oddali widać już błękitne drzewa - wyglądają niesamowicie nawet w cieniu. Dolina jest pusta, brak jej dróg i ludzkich stworzeń. W zasadzie, widziałam tu jedynie białe lisy i chyba jelenia, cokolwiek to było. Z daleka nie widać.
  Wreszcie drzew robi się mniej - szczególnie tych zielonych - i dochodzimy do małego jeziorka z pięknym, zabójczo niebieskim wodospadem. Gdybym była tu sama, z pewnością bym się umyła, ale z Tarielem nie ma takiej mowy.
  - Mogę się odwrócić - proponuje, gdy zauważa, że ze smutkiem patrzę na wodę. Kręcę głową i przyśpieszam tempa.
  Gdy niebo nabiera bardziej ciemnej barwy, siadam przy błękitnym jak łza drzewie i rozkazuję giermkowi.
  - Rozpal ogień, ja zapoluję na kolację.
  Odchodzi w poszukiwaniu gałązek, a ja łapię za nóż. Och, jak ja niesamowicie tęsknię za kuszą i łukiem! Niestety, wraz z końmi ukradziono również naszą broń. Wzdycham i odchodzę w głąb lasu.
  Przez dłuższy czas nie napotykam niczego. Nie słyszę nawet szelestów i warknięć, cisza. Nawet chwilę zastanawiam się, czy wszystko dobrze z moimi uszami, ale odrzucam tę myśl. Wreszcie w oddali widzę wiewiórkę, nie pomarańczową czy brązową jak to mają w zwyczaju, a białą. Dziwię się, ale nie myślę o tym długo, zajęta robieniem kolacji.
  Powoli podchodzę do zwierzęcia, które właśnie skubie coś na drzewie. Jest na wysokości moich oczu, bez trudności trafię ją nożem. Gdy jestem wystarczająco blisko, a zwierzę wystarczająco niezorientowane, przystępuję do ataku. Już mam machnąć nożem kiedy rozlega się głos.
  - Zatrzymaj się - mówi stanowczy, choć dziwnie miły, kobiecy głos. Nikogo nie widzę, szczególnie, że nawet wiewiórka, którą wciąż obserwowałam, rozpłynęła się w powietrzu.
  Mój nóż wbija się w bialutką korę, a ja wyję ze zdenerwowania.
  - Słuchaj, moja droga, wyłaź. - mówię, podtrzymując się rękami o drzewo i wściekłe patrząc na ziemię - No już, chyba nie chcesz, żebym to ja znalazła ciebie.
  Słyszę szelest. Ktoś chyba podchodzi. Odwracam się i łapię nóż w dłoń. Stoję tak parę minut, nie zauważam niczego podejrzanego. Szukam tajemniczej osoby blisko miejsca zdarzenia. W końcu przechodzę obok wielkiego, wyrośniętego drzewa i obrywam kawałkiem kory. Zatrzymuję się, strzepując go z głowy i patrzę w górę. Nic jednak nie zauważam, oprócz liści i gałązek. Rozglądam się chwilę, kiedy za plecami słyszę:
  - Tu jestem!
  Momentalnie zaciskam nóż w dłoni i odwracam się. Niemal wbijam w nią sztylet, powstrzymuję się jednak parę milimetrów od jej szyi. Podnosi ręce, zawiadamiając mnie o swojej przegranej. Gdy odsuwam się od niej, uśmiecha się.
  Ma bladą skórę i zgniłozielone włosy. Są proste i krótkie, tylko niektóre kosmyki sięgają poza szyję. Jej spiczaste uszy odstają od całej fryzury. Jest chuda, ale umięśniona. Trzyma w ręce łuk, w kołczanie na plecach strzały. Uśmiecha się niemal tak wrednie i irytująco jak ja, jej kąciki ust nawet na chwilę nie opadają.
  - Ty jesteś Jee, prawda? - pyta, a ja patrzę na nią ze wściekłym wyrazem twarzy, zaciskając nóż w dłoni - A może raczej - Atari?
  Serce zaczyna mi szybciej bić, zaciskam nóż w pięści aż do krwi. Mam ochotę się na nią rzucić, powstrzymuję się jednak od mojego bestialskiego nawyku i uspokajam się odrobinę. Oczywiście, nie na tyle, by nie zrobić jej krzywdy.
  - Och, nie łudziłaś się chyba, że nikt o tym nie wie, Jee?
  Nadal stoję bez ruchu, coraz ciężej powstrzymując się od wbicia jej noża prosto w nos.
  - Nie łudziłaś się chyba, że jesteś dla nas tajemnicą?
  Nie wytrzymuję. Szarżuję na nią z krzykiem, chcąc przelać na nią całą moją złość i frustrację. Widzę jej zaskoczoną twarz, kiedy biegnę. Nic nie robi. Z przerażeniem patrzy się na mnie, ale nie zwracam na to uwagi. Wpatruję się zaciekle w jej twarz, kiedy wbijam nóż w jej krtań. Pluje krwią na mój policzek. Wiedza to przekleństwo.
  - Jestem największą tajemnicą, jaką przyszło wam poznać - oznajmiam, wyrywając nóż z jej szyi. Odchodzę, słysząc jak jej ciało bezwładnie upada na ziemię.
  Moja przyczyna triumfu przelała się na naszą kolację, a właściwie jej brak. Tariel nie narzeka jednak na zaistniałą sytuację, z zaciekawieniem dopytuje się mnie o najmniejsze szczegóły walki. Odpowiadam wymijająco. Irytuje mnie dość często swoim sposobem bycia. Jest nieodpowiedzialny i nigdy nie myśli dwa razy nad swoją decyzją. Mimo wszystko, bywa miło. Najczęściej są to momenty, kiedy śpi. Uśmiecham się na tę myśl, powstrzymując się od wybuchu śmiechem.
  - Nie jest lady przykro, że musiała ją zabić? - pyta, wpatrując się w jakiś wyimaginowany punkt na niebie.
  - Chciałam ją zabić - odpowiadam bez chwili namysłu. To prawda. Musiałam, ale też i chciałam ją zabić.
  Wiem, że drży. Nie z zimna, ale z tego, że też się kiedyś taki stanie. To nieuniknione. Tak wychował nas świat, w którym żyjemy.
  - Kiedy będziesz musiał zabić, to po prostu to zrobisz. Nie ma się czego bać - mówię.
  Wzdycha. Wydaje mi się, że nad czymś myśli. Choć to by było podejrzane w jego przypadku.
  - Nie boję się tego, milady. Mógłbym zabić we własnej, lub kogoś obronie. Ale nie wiem, czy byłbym w stanie zadecydować o kogoś losie od tak.


***

  Gdy rano wychodzimy z Błękitnej Doliny Azarhire, na horyzoncie widoczny jest już czubek Księżycowej Góry, na której mieści się Moen.
  Zastanawiam się tylko, co powiem. Czy zdradzę, kim jestem i zaryzykuję rozpoznaniem mnie? Czy opowiem o Tarielu? Choć wątpię, by syn jego dalekiej kuzynki której nawet nie znał, był coś wart. Mówię coś bardzo nie podobnego do mnie, ale chyba nie będę próbować.
Tariel przez całą drogę (oczywiście na piechotę) opowiada mi różne rzeczy. Mieszkał na dworze w Violence, był rozpieszczany i dobrze obsługiwany aż do śmierci ojca. Arsane nienawidziła go do tego stopnia, że wtrąciła go do jakiegoś małego pokoiku pod ziemią, gdzie dostawał jedzenia i picia okropnej jakości. Chcę ciągle wtrącić mu uwagę, że miałam o wiele gorzej i jego życie to dla mnie sielanka, ale zaczyna opowieść o tym, jak jako ośmiolatek dostał własną klacz, Rihnę.
  Przy opowieści o tym, jak Tariel i Rihna uciekli z królestwa i dojechali aż do Bezgłowych Lasów dostrzegam górę. Górę, na której mieści się Moen. Wkroczyliśmy na drogę prowadzącą prosto do tego miasta, po lewej i prawej stronie drogi stoją nabite na pale głowy.
  Jesteśmy przy bramie. Wieże po dwóch stronach są zrobione z kamienia, podobnie jak mur między nimi. Za murem są namioty i targowiska, z tylu na wysokiej platformie stoi wielki budynek, na którym jest umiejscowiony pomnik byka w biegu. Budynek stanowi funkcje pałacu, choć na niego nie wygląda. Nie ma złota, pięknych, przyozdobionych cegłą okien i balkonów całych w kwiatach. Jest tylko brzydka, kamienna twierdza.
  Strażnicy przed nią pytają, skąd się wzięliśmy. Choć mogłabym powiedzieć im skąd pochodzi Tariel, nie robię tego jednak. Może to głupie, ale boję się, że coś mu zrobią. Naturalnie, nie zależy mi na tym bękarcim tchórzu, zaś na uznaniu u Arsane.
  - Jestem Atari Khnee, a to mój giermek - robią duże oczy i bez słowa otwierają bramę.
  Idziemy chwilę, mijając namioty, a gdy znikamy z zasięgu słuchu strażników, prawie na mnie krzyczy:
  - Jesteś księżniczką Khnee! Jesteś Dzieckiem Krwi! Jesteś zaginioną siostrą Wargha!
  - A ty bękartem - odpowiadam ze złośliwym uśmieszkiem.
  Szczerze mówiąc wątpiłam, że kiedykolwiek znów zobaczę kamienną salę tronową i pomnik byka symbolizującego waleczność i odwagę. Tego dnia, dziesięć lat temu, miałam tylko nadzieję, że nigdy tu nie wrócę i nie będę musiała tego oglądać. Ale na widok pałacu o surowym wyglądzie czy drewnianego tronu czuję przypływ ciepła. Stoję na swoim.
  Kiedy wchodzę do środka, strażnicy bez słowa otwierają wrota. Stoję dokładnie na przeciwko mojego brata, a on wypatruję się we mnie znudzony. Nie poznał mnie. Tariel poci się ze strachu, że musi go zobaczyć. Ja zaś nie czuję nic. Żadnej złości, żadnego rozczarowania. To tylko mój brat.
  - Jestem Atari Khnee, wasza wysokość - uśmiecham się złośliwie, gdy obdarza mnie zdezorientowanych wzrokiem. - To mój giermek - wskazuję Tariela, a on nerwowo wykrzywia twarz w grymasie.
  Szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby mój brat zasługiwał na tron. Oczywiście, ma do niego jakieś tam prawa, ale znikome. Jest głupi, działa pod wpływem impulsu. Nie sądzę, żeby był „waszą wysokością” w żadnym stopniu. To dzikus.
  - Siostro - mówi. - Miło cię widzieć. Ile to już lat? Osiem?
  - Dziesięć, bracie - odpowiadam obojętnie.
  - Po co więc przybyłaś? Zabrać mi tron? - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
  Nie przebyłam połowę Cagardu by zobaczyć się z bratem. Nie jestem tu też po tron, choć tak naprawdę mój brat go nie ma. Teoretycznie, ma ten drewniany stołek, ale w praktyce raczej nie.
  - Potrzebuję koni i broni, tylko tyle - wyjaśniam. - Jako księżniczka mam chyba prawo o to prosić?
  Kiwa głową i mówi coś do swojego doradcy, ten zwołuje służącego i po chwili wychodzimy z kamiennej sali tronowej.
  Droga przed nami również jest zrobiona z kamienia. Nikt na niej nie stoi, ale parę centymetrów obok już zaczyna się targ. Ludzie, a w zasadzie - dzikusi, biegają wokół towarów i kupują je, niektórzy tylko podziwiają, a inni sprzedają. Kręta droga prowadząca przez targ, a kończąca się na pustym amfiteatrze jest pełna strażników.  Sam amfiteatr, czyli miejsce walk, jest najpiękniejszym budynkiem jaki widziałam do dwunastego roku życia - wiele okien i roślin, które ją okrążają tworzą spójną całość. Jest to jedyne miejsce w którym ktokolwiek skupił się na wyglądzie. Pamiętam, że walczyło się w każdą sobotę - dla upamiętnienia przejęcia władzy w Moen przez mojego brata. Ja, jako księżniczka siedziałam w królewskiej loży, nie interesowały mnie jednak walki osiłków.
  Śmieszne jest, iż nazywam się księżniczką. W końcu ani mój brat ani ktokolwiek z mojej rodziny nie ma tronu, a co najlepsze - ma do niego znikome prawa. Wargh jednak uważa swój drewniany stołek za zaszczyt, a pochodzenie Tariela to tylko przypieczętowanie jego rzekomo błękitnej krwi. Nie obchodzą mnie przywileje, a jeśli mój brat zasiądzie na prawdziwym tronie - nasz los jest przesądzony.
  Dynastia Khnee od dawna jest zaciekłym wrogiem rodziny królewskiej. Choć jesteśmy tylko dzikusami, którzy wybudowali sobie zamek, Arsane i jej mąż wiele razy próbowali nas uniczestwić. Co również zabiło ich - Ailen nie żyje, a królowa niedługo stanie się tylko matką. Trzeba tylko księżniczki.
  Służący prowadzi nas do kamiennego budynku za amfiteatrem, czyli zbrojowni i stajni. Każę Tarielowi wziąć broń, bo po ostatnim incydencie nie jestem zbyt skora do powierzania mu koni. Wybieram dwa ogiery o białym umaszczeniu. Służący podaje mi wodze i złapywszy za nie prowadzę się do wyjścia. Nawet nie fatyguję się wrócić do sali tronowej - nie ma to najmniejszego sensu, szczególnie, że orzyszłam tu tylko po broń.
  - Dokąd teraz, pani? - pyta Tariel po wyruszanie z miasta.
  - Do Satyru - tłumaczę, a on robi duże oczy i patrzy na mnie pytająco. - No co, w końcu jestem Zdobywczynią!

piątek, 12 czerwca 2015

02. „Cieszę się, że się boisz”

    Nowy rozdział. Nazwę do niego edytowałam z dziesięć razy, zostaje ta. Wygląd bloga bardzo mi się podoba, nie ma przepychu. Choć wolałabym bardziej minimalistyczny szablon, do tej tematyki z pewnością takowy nie pasuje (i ta Lorde w nagłówku!). Chwilowo nie mam nawet słowa w zanadrzu, ale spokojnie, jest weekend i uda mi się to nadrobić. Trwają prace nad "Cytatami" - zostały ostatnio usunięte z powodu nowego rozdziału, chcę po prostu uzupełnić treści, a niestety blogger zmienia mi ciągle czcionkę i kolor. No dobra, #hawenajsłikend!

  Kyu



***


Na sali zapada grobowa cisza. Nawet wieśniacy przybyli do królowej kończą konwersację z sąsiadem. Nawet królowa, udzielająca rady niżej położnemu mieszkańcowi, ucicha. Podnosi tylko wzrok swoich niebieskich jak morze oczu, by ich zobaczyć. Strażnicy rozsuwają się, a zza ich mieczy widać już dwie postacie.
  - No, Arsane! To twój krnąbrny synuś! - oznajmiam, trzymając księcia za rękaw i podchodząc do tronu. Chłopiec wyrywa mi się i biegnie do matki, na co nie zwracam większej uwagi.
  - Dziękuję ci - mówi wreszcie, z Garethem na kolanach. Jej głos jest pełen radości i wdzięczności, które rzadko odwiedzają moje serce.
  Stoję tak chwilę, patrząc wyczekująco to na królową, to na strażników. Arsane widocznie musi otrząsnąć się ze szczęścia, bo zajmuje jej trochę czasu zrozumienie, o co chodzi. Wkrótce jednak podnosi dumnie głowę, już z normalnym, władczym wyrazem twarzy i gestem ręki pokazuje na mężczyznę obok. Ten podchodzi do mnie i próbuje wziąć mnie pod rękę, co automatycznie odrzucam.
  - Lady - mówi.
  Śmieję się chwilę, po czym odpowiadam:
  - Czy jak wyglądam na lady? - chwilę milczy, zastanawiając się nad odpowiedzią.
  - Każda wysoko urodzona kobieta jest lady.
  Robię zdezorientowaną, a potem lekko wściekłą minę. Skąd zna moje pochodzenie? A może tylko mu się tak powiedziało?
  - Nie jestem wysoko urodzona- oznajmiam stanowczymi tonem, patrząc na jakiś wyimaginowany punkt przede mną.
  Strażnik milczy, co zdradza mi jego niewiedzę. Uśmiecham się pod nosem, w chwili, gdy skręcamy kamiennym korytarzem do skarbca. Mężczyzna puka, a drzwi otwierają się błyskawicznie jak za dotnięciem magicznej różdżki. Nie jest to jednak żadna odmiana magii, bo po chwili zauważam służących za drzwiami, trzymających złotą klamkę w rękach. Zachwyca mnie jednak bardziej ściany wyglądające jak ze złota. Przejeżdżam ręką po śliskiej jak marmur płacie i odwracamy głowę do strażnika.
   - To złoto? - pytam.
  Kiwa głową. Patrzę na niego wyczekująco, domagając się szczegółów.
  - Jakiś pozłacany kamień, czy coś. Nie wiem. Nie jestem od tego - wzdycha.
  Mój zachwyt „pozłacanym kamieniem” wkrótce przemija, bo strażnik otwiera przede mną wrota i moim oczom ukazuje się skarbiec pełen złotych pieniędzy, milionów walut. Leżą tam również klejnoty, złote ozdoby, kamienie szlachetne - wszystko, co ktoś taki jak ja pragnie. Mężczyzna wręcza mi garść złotych monet, które przyjmuję. Patrzę jeszcze chwilkę na to bogactwo i wychodzę. Rozglądam się w obie strony - chwilowo nachodzi mnie myśl, by wrócić i wykąpać się w złocie, która rozprysa się na głos strażnika.
  - Za mną. Dostanie lady konia i prowiant, by bezpiecznie wrócić do domu.
  - Gdybym jeszcze miała dom - uśmiecham się wrednie i podążam za mężczyzną w głąb zamku.


***

  - Giermek? - westchnęłam. - Naprawdę, Arsane?
  Białowłosa skinęła głową, wskazując na młodzieńca trzymającego konie. Był niski i miał brązowe włosy, wyglądał na bardzo młodego. Zbyt młodego, by zostać rycerzem.
  - To Tariel, siostrzeniec Wargha Khnee - wytłumaczyła.
  - Skąd wytrzasnęłaś siostrzeńca tego dzikusa? - spytałam, przejmując wodze od chłopaka i wsiadając na czarnego konia.
  - Ailen pewnego razu wrócił z nim z wyprawy, jego matka zaś zmarła chwilę potem wskutek otrzymanych obrażeń, więc postanowił go zatrzymać.
  - Bękart? - zaśmiałam się.
  Arsane posyła mi wściekłe spojrzenie, na które odpowiedziałam uśmiechem. Życzy miłej drogi i odchodzi w głąb pałacu. Konie ruszają z tupem kopyt. Tariel próbuje dorównywać mi tempem, ale i tak co chwilę musi kłusować. Po wyjechaniu z lasu otaczającego miasto, spytał:
  - Gdzie jedziemy, pani?
  Zignorowałam jego dystyngowane dopowiedzenie, miałam nadzieję, że sam z siebie się tego oduczy.
  - Jak to gdzie? - zdziwiłam się. - Do Błękitnej Doliny Azarhire.
    Błękitna Dolina to nic innego, jak źródło przerażających bajek starszych ludzi, które opowiadają młodziakom. Słyszy się o błękitnowłosych demonicach i czerwonowłosych elfach, syrenach i magicznych wilkach. Jadę tam jednak nie z powodu obalenia tych wszystkich opowieści, a znalezienia Moen zamieszkanego przez ród Khnee. Czyli Miasta za Błękitnym Lasem, jak to mawiali na zachodzie. Mój giermek aż wzdryga się na tę myśl - potwory? Magiczne stworzenia?
  Nie zwracam uwagi na jego pojękiwania i wywody, a może jednak tam nie jedźmy? Rozumiem, że się boi. Też się kiedyś bałam różnych rzeczy związanych z krwią, mieczami i złymi ludźmi. Teraz tym żyję i wcale mi nie wstyd.
  W zasadzie strach to błogosławieństwo. Instynkt. Bodziec. Rzecz, bez której nasz umysł działałby jak ciało bez kończyn.
  - Wiesz co, giermku? - podnosi na mnie wzrok, a ja unoszę głowę i się uśmiecham. - Cieszę się, że się boisz.
  - Dlaczego? Strach jest dla tchórzy - zganił się. - Lady się nie boi niczego.
  Śmieję się, a zdezorientowany Tariel popatrzył na mnie jak na wariatkę.
  - Jeśli myślisz, że nawet najdzielniejszy z najdzielniejszych niczego się nie boi, to jesteś w błędzie. - mówię - Boję się wielu rzeczy. Strach to instynkt. Coś ważnego.
  - Czyli nie jestem tchórzem? - pyta.
  - W żadnym przypadku - oznajmiam żartobliwie, a on oddycha z ulgą.
  Po dłuższym dystansie zatrzymujemy się w przydrożnej karczmie. Oddaję giermkowi moje wodze, a on przypina je do słupa obok drewnianego budynku. Gdy wchodzę, z na w pół przebitej mieczem rynny wylewa się parę kropelek wody, które moczą mi głowę. Tariel podskakuje gdy woda pluska na jego głowie, co od razu poprawia mi humor. Strachliwy, tchórzliwy Tariel z rodu Khnee. Nigdy nie znałam kogoś kto odważyłby się być tchórzem wokół odważnych wojowników z Moen.
  Siadamy przy pierwszym lepszym stole. Jakaś kobieta podaje nam grochówkę, dziękuję jej monetą. Tariel strasznie siorbie, co jednocześnie mnie śmieszy i irytuje. Obok nas siedzą rycerze z Violence, poznaję po ślicznych, srebrno-fioletowych zbrojach i piórach na hełmach. Jeden z nich przygląda się mnie ze zdziwieniem, drugi bez cienia wątpliwości spożywa posiłek. Gdy podglądacz wstaje, łapię za nóż jednak nie wyciągam go. Posyłam mu wściekłe spojrzenie, a ten zdumiony szepcze coś do towarzysza i wychodzą. Tariel przygląda się zdarzeniu i dziwnie na mnie patrzy, gdy ci opuszczają lokal.
  - Kim ty jesteś, że Srebrne Dusze się ciebie bały? - dziwi się.
  Przenoszę wzrok na bruneta i rozbawiona odpowiadam:
  - Więc tak tu na nich mówicie? Srebrne Dusze?
  Nie odpowiada, więc wracam do konsumowania ohydnej grochówki.
  Po jedzeniu wychodzimy jakby nigdy nic z lokalu. Lekko zniechęcony niesmacznym posiłkiem Tariel wlecze się za mną. Gdy podchodzę do płotu, koni nie ma. Chłopak przygląda się miejscu zdarzenia z niezadowoleniem, a moja twarz zaczyna czerwienieć.
  - Ty niewychowany, tchórzliwy gadzie! - krzyczę, kopiąc płot tyłem do niego - Gdzie są te konie?! Miałeś je przywiązać!
  - Przywiązałem, milady. Nie wiem, gdzie mogą być, ale je przywiązałem. - odpowiada.
  - Po co mi cholerny giermek?! - wrzeszczę, odwracając się do Tariela - Sama poradziłabym sobie lepiej!
  - Możliwe, ale tylko ja lady zostałem i tylko ja jestem przepustką do Moen.
  Prycham z niezadowoleniem. To będzie długa, pełna przygód droga.